|
wtorek, 12 sierpnia 2008
Pekińskim konikom niestraszne są obozy pracy
Chyba żadne profity nie wynagradzają niebezpieczeństw, na jakie narażony jest pekiński handlarz biletami na olimpiadę. Zdobywa on swoje bilety w niewyobrażalnym znoju, sprzedaje je w wiecznym strachu przed policją, a wisi nad nim groźba trzech lat reedukacji w obozie pracy przymusowej. Mimo to handlarzy jest w Pekinie bez liku, bo i - trzeba przyznać - nagroda za trudy jest godziwa. Jeden z nich wyrósł przed nami jak spod ziemi w samym centrum miasta, na placu Tiananmen. Ponieważ wokół było mnóstwo policjantów, tylko rzucił chyłkiem: "You want football, tennis, mister?". Po czym wcisnął mi karteczkę następującej treści: "Ciężka sytuacja materialna i problemy zdrowotne zmuszają mnie do sprzedaży biletów do Wodnej Kostki, Ptasiego Gniazda i innych ciekawych miejsc. Telefon 1381....87". Zanim zniknął w tłumie, obiecał mojej tłumaczce 10 proc. prowizji od każdego biletu, który nam sprzeda.
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
''Chcą nam zepsuć olimpiadę!''
Mieszkańcy Pekinu oburzają się na chińskich muzułmanów, którzy wczoraj zaatakowali w odległej prowincji Xinjiang. Chińscy kibice szykowali się na wieczorny mecz koszykówki Chiny - USA, kiedy w niedzielę rano nadeszły ponure wieści z Xinjiangu, odległej o prawie 3 tys. km prowincji na zachodnich rubieżach kraju. Kilku Ujgurów, czyli chińskich Turków, zaatakowało tam budynki rządowe.
czwartek, 07 sierpnia 2008
Kolej Pekin - Lhasa
Kolej z tybetańskiego Dachu Świata do Pekinu, okrzyknięta cudem chińskiej sztuki inżynierskiej, ostatecznie kończy okres wielowiekowej izolacji regionu. Czy pogrzebie również tybetańskie nadzieje na zachowanie kulturalnej odrębności? Obładowany tobołkami pan Yu, właściciel chińskiej restauracji w Lhasie, wbiega zdyszany na peron, choć wcale nie ma potrzeby się tak spieszyć. Pociąg T28, planowy odjazd godzina 8.30, dziś wyjątkowo minimalnie się opóźni. Na dworcu trwa jeszcze ceremonia pożegnania kilkudziesięciu studentów miejscowego uniwersytetu, którzy będą reprezentować region Tybetu w Pekinie jako ochotnicy obsługujący olimpiadę. Błyskają flesze aparatów, dziennikarze zadają ostatnie pytania, a młodzi bohaterowie, wśród nich wesoła okularnica Wang, głośno skandują olimpijskie hasła. Zanim pan Yu, pan Chen, Wang i ja dotrzemy do Pekinu, musimy pokonać 4065 kilometrów, przejechać ponad 600 mostów i wspiąć się do źródeł rzeki Jangcy 5072 m nad poziomem morza. Nigdzie indziej na świecie kolej nie dociera tak wysoko, jest zatem całkiem naturalne, że o pociągu T28 powstają filmy, a piosenkarze śpiewają o nim piosenki.
poniedziałek, 04 sierpnia 2008
Ten wstrętny tłusty Budda
Wieczorami na placu przed Dżokang, najstarszym klasztorem buddyjskim w Tybecie, chłopcy puszczają latawce, a sprzedawcy powoli zwijają kramy i zliczają dzienny utarg. Tak samo jak rok, sto czy tysiąc lat temu wokół klasztoru krążą - zgodnie z ruchem wskazówek zegara - tłumy pielgrzymów, którzy nieustannie nucą "O-mani-be-me-hu" ("Perło ukryta w kwiecie lotosu!") i kręcą małymi młynkami modlitewnymi. Są jednak drobne szczegóły, które psują sielankowy obraz. Tu i ówdzie maszerują chińscy żołnierze, w grupach od kilku do kilkunastu. W ciągu dnia nie noszą broni, ale wieczorami niektórzy mają już hełmy, tarcze, a nawet karabiny. Żołnierze maszerują po placu, czasami przecinając drogę pielgrzymom, po czym znikają w bocznych uliczkach.
niedziela, 03 sierpnia 2008
Z upodobaniem wyciągaliśmy
Niezwykle ekskluzywny obiad z parasolniczką Nancy, którego zawrotne koszta konsekwentnie ukrywam, żeby nie drażnić moich przełożonych myślących w przyziemnych kategoriach budżetu, składał się z wielkiej misy zupy dzielonej przez nas oboje. Misa stała na ogniu, we wgłębieniu na środku stołu, więc zupa cały czas się gotowała. Do tego nieustannie podawano nam surowe, cieniutkie kawałki przeróżnych miąs, ryb i owoców morza, które wrzucaliśmy do zupy i po kilku chwilach z upodobaniem wyciągaliśmy i spożywaliśmy. W niskobudżetowej restauracji widziałem za to kilka nieokrzesanych dziewcząt, które na wyścigi ze swoimi chłopakami popijały chińskie piwo prosto z butelek i dłubały w nosach.
piątek, 01 sierpnia 2008
Parasolniczki
Jak zapewne przeczuwacie, w poprzednim wpisie pozwoliłem sobie z Was, Drodzy Czytelnicy bloga, zażartować. Otóż spotkanie z parasolniczką nie był snem, wcale też nie zastanawiałem się, czy pracodawcy zwrócą mi koszta spożywanego z nią ekskluzywnego posiłku, przeciwnie, byłem zdecydowany zapłacić zań z własnej kieszeni, żeby tylko przekonać się kim są tajemnicze parasolniczki i jakie motywy nimi kierują.
Zanim odpowiem na to frapujące pytanie, winien Wam jestem dodatkowe wyjaśnienie: otóż samo noszenie parasola, dość powszechne na ulicach starego Pekinu, gdzie znajduje się mój niesławny hotel, nie wystarcza, żeby być parasolniczką. Parasolniczka to specjalny gatunek dziewczyny, która nie zmierza w żadnym określonym kierunku, a jedynie beztrosko, dumnie i z naturalną gracją spaceruje. Najczęściej ubrana jest w elegancką sukienkę do kolan, choć od reguły tej zdarzają się odstępstwa. Parasolniczka - co widać na pierwszy rzut oka - cieszy się swoją cielesnością oraz faktem, że może dzielić się nią (oczywiście w ograniczonym zakresie) z mijanymi przechodniami. Wracając do zasadniczego pytania - kim są parasolniczki - otóż nie są one, wbrew temu co zapewne przypuszczają ci z Was, którzy ulegają pokusie łatwego wydawania sądów - otóż nie są one wcale kobietami sprzedajnymi. Nie są one nawet (jak być może zgadują inni) kobietami pochopnymi, poszukującymi na ulicach starego Pekinu ulotnych przygód. Parasolniczki to na wskroś przyzwoite i twardo stąpające po ziemi dziewczyny, które szukają mężów. Parasolniczka, z którą spożyłem niezwykle ekskluzywny obiad, pochodzi z małej wioski w środkowych Chinach. Przedstawiła mi się jako Nancy. Wszystkie chińskie dziewczęta, które mówią po angielsku, przybierają angielskie imiona, ponieważ pogodziły się z faktem, że ich prawdziwych imion cudzoziemcy nie zapamiętają ani nawet poprawnie nie wymówią. Nancy właśnie skończyła anglistykę. To jej ostatnie wakacje, po których będzie musiała poszukać pracy. Marzy o posadzie w zachodniej korporacji, jak większość jej znajomych z roku. Dlatego odmówiła, kiedy profesor zachęcał studentów do wstąpienia do partii komunistycznej i nawet rozdał im deklaracje członkowskie. Podobno zachodnie korporacje niechętnie przyjmują partyjnych. W jej grupie zapisały się tylko dwie osoby, które chcą robić karierę w administracji państwowej. Ostatnio rodzice ponaglają Nancy, żeby wyszła za mąż. Dziewczyna chce być posłuszna, bo opłacenie studiów w stolicy było dla rodziny wielkim ciężarem finansowym. Jeszcze większym, niż narodziny jej młodszego brata, za które ojciec i matka musieli zapłacić karę (zgodnie z chińską polityką „jednego dziecka"). Rodzice znaleźli jej kawalera w rodzinnej wsi, co - po czterech latach życia w metropolii - parasolniczkę Nancy przeraża. Nie chce wracać na wieś, nie po to studiowała. Dlatego w te wakacje codziennie wkłada zwiewną sukienkę, bierze parasol i rusza na polowanie. Olimpiada to dla niej okazja wyrwania cudzoziemca, bo ma ich zjechać do Pekinu - według różnych szacunków - od pół do półtora miliona. Pierwszy dramat
![]() W pierwszych dniach jedynym chyba, co wynagradza mi piętrzące się przeciwności losu, są pięknie wystrojone i dorodne Chinki, które paradują po ulicach z parasolami. Niby chronią się tak przed słońcem, choć słońca w ogóle w Pekinie nie ma, cały czas skrywa się za gęstą, zawiesistą mieszanką chmur i smogu.
Na potrzeby własne i tego bloga nazwałem je parasolniczkami. Dziś z głupia zagadnąłem jedną z nich, i sam nie wiem jak to się stało, że po krótkiej chwili postanowiliśmy iść razem na obiad. Parasolniczka stwierdziła, że zna jeden bardzo fajny lokal. Kiedy tak spacerowaliśmy, zacząłem się niepokoić, czy moi zwierzchnicy rozliczą mi ten nadciągający posiłek w ramach delegacji, czy też będę musiał go pokryć z własnej kieszeni. Najgorsze przeczucia niestety potwierdzały się. Restauracja, którą wybrała parasolniczka, wyglądała na luksusową i nieprzyzwoicie drogą. Szliśmy do stołu, parasolniczka uśmiechała się, a ja z każdym krokiem pociłem się coraz bardziej i bardziej... I wtedy się obudziłem. Okazało się, że w hotelowym pokoju zepsuła się klimatyzacja. Cały Pekin wireless
Wstałem dopiero o 14 lokalnego czasu [czyli naszego o 8]. Musiałem śpieszyć się na spotkanie z właścicielem mieszkania, które mam wynająć. Ceny hoteli w Pekinie w czasie olimpiady zaczynają się od kilkuset dolarów, na co moja skromna dieta hotelowa nie pozwala.
czwartek, 31 lipca 2008
Do you want massage, sir?
Z garścią skarpetek wróciłem do hotelu, żeby odespać lot. Niestety, okrutni Chińczycy nadal nie mieli dla mnie litości. Po półtorej godziny obudził mnie telefon z pytaniem: Do you want massage, sir?
środa, 30 lipca 2008
Inwigilacja, dylatacja
Mimo długiego lotu nie chciało mi się spać, więc postanowiłem poszukać kawiarenki internetowej. Tam na dzień dobry zażądali paszportu, który został w hotelu. Chińskie władze chcą dokładnie wiedzieć, kto korzysta z kawiarenek i czy przypadkiem nie ogląda tam nieprawomyślnych stron internetowych.
Kiedy wróciłem z paszportem, zarejestrowali mnie i zrobili mi zdjęcie. Dopiero wtedy wpuścili na komputer. Sprawdziłem email: agent turystyczny napisał, że z pozwoleniem na wjazd do Tybetu krucho, prawie wszystkie podania składane przez ich biuro są odrzucane, ale się starają i jak tylko będzie wyślą kurierem do mojego hotelu. Gigantyczna kawiarenka wygląda niczym hala fabryczna, w której setka nastolatków czatuje albo katuje symulatory kung-fu [chłopcy] oraz tańca disco [dziewczęta]. Wszyscy są skrzętnie rejestrowani, choć nie ma to specjalnego sensu, bo ani im w głowach surfowanie po zakazanych stronach www. W drodze powrotnej do hotelu zatrzymałem się przy straganie ze skarpetkami. Pakując się w pośpiechu zapomniałem ich zabrać, a jedyna para, którą miałem na nogach, po kilkunastu godzinach podróży chwile świetności miała już za sobą. Okazało się, że skarpetki na straganie w Pekinie są znacznie droższe od chińskich skarpetek, które kupowałem w Carefourze koło domu. Daleka droga, którą musiały przebyć do Europy, trzykrotnie obniżyła ich cenę. Podobny paradoks opisywał przed mniej więcej stu laty Albert Einstein: otóż kosmonauta, który leci bardzo daleko w kosmos z prędkością bliską prędkości światła, jest po powrocie młodszy niż jego dzieci, które zostały na miejscu. Nazywa się to dylatacją czasu. Dylatacja ceny, którą odkryłem w przypadku chińskich skarpetek, wydaje mi się zjawiskiem może nie aż tak ciekawym, ale również wartym refleksji. Nie wykluczam, iż oznacza ona, że komunistyczne Chiny wychowały miliony ulicznych kapitalistów, którzy nie stracą żadnej okazji, żeby oskubać frajera z Zachodu. |
Zakładki:
Blogi z Chin i o Chinach:
Gazeta Wyborcza
|